Efekt Lucyfera

Opublikowano w 28 czerwca 2026 16:09

Umysł jest dla siebie siedzibą, może sam w sobie przemienić piekło w niebiosa, a niebiosa w piekło. Mniejsza, gdzie będę, skoro będę sobą. John Milton, Raj utracony

Struktura książki zaczyna się rozdziałem, w którym przedstawiony zostaje motyw transformacji ludzkiego charakteru, kiedy dobrzy ludzie i anioły okazują się zdolni do robienia rzeczy niedobrych, niegodziwych, wręcz diabelskich. Powstaje przy tym fundamentalne pytanie, jak dobrze w rzeczywistości znamy siebie samych, czy możemy z przekonaniem przewidzieć, do czego bylibyśmy zdolni, lub czego nigdy byśmy nie zrobili w całkowicie dla nas nowych okolicznościach. Czy, jak ulubiony anioł Boga, Lucyfer, my również możemy ulec pokusie, by czynić innym to, co niewyobrażalne?

Rozpocznijmy od definicji zła. Moja jest prosta, oparta na założeniach psychologicznych: Zło polega na zamierzonym zachowaniu się w sposób, który rani, wykorzystuje, poniża, dehumanizuje lub niszczy niewinne jednostki – lub używaniu swojej władzy i siły systemowej, by nakłaniać lub dać przyzwolenie innym do działania w ten sposób w naszym imieniu. W skrócie, jest to „czynić niedobrze, wiedząc co dobre.” (1-s.42)

Jednym z podstawowych procesów wpływających na transformację zwykłych, normalnych ludzi w bezdusznych lub wręcz niemoralnych propagatorów zła jest dehumanizacja. Działa ona jak ślepota umysłowa, która przysłania myślenie i zaszczepia przekonanie, że inni to mniej niż ludzie. Sprawia, że niektóre osoby zaczynają postrzegać innych jak wrogów zasługujących na dokuczliwe tortury i unicestwienie.

Warto zastanowić się nad trzema istotnymi pytaniami. Po pierwsze, na ile rzeczywiście znasz samego siebie – swoje mocne strony, ograniczenia oraz sposób reagowania w różnych sytuacjach. Czy obraz własnej osoby opiera się jedynie na doświadczeniach z codziennego, dobrze znanego środowiska, czy uwzględnia również okoliczności, w których znalazłeś się w zupełnie nowych i nieprzewidywalnych warunkach, zmuszających Cię do wyjścia poza utarte schematy działania? Po drugie, warto rozważyć, jak dobrze znasz osoby obecne w Twoim życiu – członków rodziny, przyjaciół, współpracowników czy partnera. Jednym z głównych założeń przedstawianych przez autora jest przekonanie, że większość ludzi buduje wiedzę o sobie głównie na podstawie doświadczeń zdobywanych w rutynowych sytuacjach, wyznaczanych przez normy społeczne, obowiązki i utrwalone nawyki. Dopiero zetknięcie z nowymi, nieznanymi okolicznościami ujawnia, jak naprawdę reagujemy, gdy dotychczasowe sposoby działania przestają być skuteczne. Zmiana pracy, pierwsza randka z osobą poznaną na aplikacji randkowej, służba wojskowa, zatrzymanie przez policję, przystąpienie do organizacji czy udział w eksperymencie psychologicznym to przykłady sytuacji, które mogą ujawnić zupełnie nieznane aspekty naszej osobowości. W takich momentach wcześniejsze doświadczenia i wypracowane schematy zachowań mogą okazać się niewystarczające.

A teraz zajrzyjmy bardziej szczegółowo we wpływ eksperymentu na uczestników. Eksperyment więzienny na Uniwersytecie Stanforda został poprzedzony rekrutacją uczestników za pośrednictwem ogłoszenia zamieszczonego w lokalnej gazecie. Poszukiwano młodych mężczyzn cieszących się dobrym zdrowiem psychicznym i fizycznym, którzy byliby gotowi wziąć udział w badaniu dotyczącym funkcjonowania ludzi w warunkach więziennych. Kandydatom zaoferowano wynagrodzenie za udział, dzięki czemu zgłosiło się wielu ochotników. Następnie przeprowadzono wieloetapową procedurę kwalifikacyjną obejmującą wywiady, badania psychologiczne oraz ocenę stanu zdrowia. Jej celem było wykluczenie osób, których cechy osobowości lub problemy zdrowotne mogłyby zakłócić przebieg eksperymentu. Spośród wszystkich zgłoszeń wybrano dwudziestu czterech uczestników, a następnie w sposób losowy przypisano ich do roli strażników lub więźniów.

Po zakończeniu procesu rekrutacji przystąpiono do przygotowania miejsca badań. Piwniczne pomieszczenia Wydziału Psychologii Uniwersytetu Stanforda zostały zaadaptowane na prowizoryczne więzienie. Utworzono niewielkie cele wyposażone jedynie w najbardziej podstawowe elementy, takie jak materace oraz wiadra służące jako toalety. Oprócz cel przygotowano także pomieszczenie przeznaczone do odosobnienia oraz stanowisko dla strażników umożliwiające obserwację więźniów. Całość została zorganizowana w taki sposób, aby możliwie wiernie odwzorować warunki panujące w rzeczywistym zakładzie karnym i ułatwić uczestnikom pełne wejście w odgrywane role.

Fot. Philip G. Zimbardo / Źródło: Stanford Prison Experiment

Realizacja eksperymentu rozpoczęła się od inscenizowanych zatrzymań osób pełniących rolę więźniów. Ochotnicy zostali aresztowani w swoich domach przez funkcjonariuszy policji z Palo Alto. Przebieg zatrzymań odzwierciedlał rzeczywiste procedury policyjne – uczestnikom zakładano kajdanki, informowano ich o przysługujących prawach, przewożono radiowozami na komisariat, gdzie wykonywano fotografie identyfikacyjne oraz pobierano odciski palców. Dopiero po zakończeniu tych formalności przewożono ich do przygotowanego wcześniej więzienia mieszczącego się na terenie uniwersytetu.

Po przybyciu do więzienia uczestnicy odgrywający rolę osadzonych przechodzili procedurę przyjęcia. Odbierano im odzież oraz przedmioty osobiste, po czym otrzymywali jednakowe stroje więzienne i nakrycia głowy symbolizujące ogolenie. Zamiast posługiwać się nazwiskami, przypisywano im numery identyfikacyjne, które od tej chwili stawały się ich jedynym sposobem identyfikacji. Zabiegi te miały osłabić poczucie indywidualności i sprzyjać utożsamianiu się z rolą więźnia.

Uczestnicy wcielający się w strażników zostali wyposażeni w mundury, pałki oraz okulary z lustrzanymi szkłami, które ograniczały możliwość nawiązywania kontaktu wzrokowego z więźniami. Nie przekazano im jednak szczegółowych wskazówek dotyczących sposobu sprawowania kontroli nad osadzonymi. Ich zadaniem było utrzymanie porządku oraz zapewnienie sprawnego funkcjonowania więzienia, przy jednoczesnym zakazie stosowania przemocy fizycznej.

Warunki panujące w prowizorycznym zakładzie karnym od początku charakteryzowały się wysokim poziomem kontroli i ograniczeń. Więźniowie funkcjonowali według rygorystycznego harmonogramu dnia, byli regularnie poddawani apelom oraz nieustannej obserwacji. Ograniczono ich prywatność, swobodę przemieszczania się oraz możliwość samodzielnego decydowania o codziennych czynnościach. Cele były niewielkie, skromnie wyposażone i pozbawione podstawowych wygód. Z biegiem czasu strażnicy zaczęli coraz częściej wykorzystywać swoją pozycję, wydając arbitralne polecenia, stosując różnego rodzaju kary oraz wywierając presję psychiczną na więźniach. Doprowadziło to do szybkiego pogorszenia atmosfery panującej w więzieniu oraz stopniowego pogłębiania się identyfikacji uczestników z powierzonymi im rolami społecznymi.

Fot. Philip G. Zimbardo / Źródło: Stanford Prison Experiment

Twórcy eksperymentu podkreślali, że ich zamiarem nie było wierne odtworzenie rzeczywistych warunków panujących w zakładzie karnym, lecz stworzenie środowiska wywołującego podobne reakcje psychologiczne. W prawdziwych więzieniach osadzeni nie noszą sukienek, jednak często doświadczają utraty poczucia godności i męskości. Wprowadzenie charakterystycznego stroju miało przyspieszyć proces deindywiduacji oraz wywołać u uczestników poczucie upokorzenia i podporządkowania. Według relacji Philipa Zimbardo część więźniów już po krótkim czasie zaczęła zmieniać sposób poruszania się i zachowania, przyjmując bardziej uległą postawę, co wskazywało na szybkie przystosowywanie się do narzuconej roli.

W eksperymencie jednocześnie uczestniczyło dziewięciu strażników oraz dziewięciu więźniów. Strażnicy pełnili służbę w trzyzmianowym systemie, obejmującym ośmiogodzinne dyżury, natomiast więźniowie zostali rozmieszczeni po trzech w każdej z przygotowanych cel. Pozostali uczestnicy spośród dwudziestu czterech zakwalifikowanych ochotników pozostawali w rezerwie i mogli zostać włączeni do badania w przypadku rezygnacji lub wykluczenia któregoś z uczestników. Cele miały niewielkie rozmiary i zostały wyposażone w trzy prycze przeznaczone do siedzenia i spania. Ograniczona przestrzeń sprawiała, że wewnątrz pozostawało bardzo mało miejsca na wykonywanie innych czynności, co dodatkowo potęgowało poczucie ścisku i izolacji.

Fot. Philip G. Zimbardo / Źródło: Stanford Prison Experiment

Około godziny 2:30 w nocy więźniowie zostali nagle obudzeni głośnym dźwiękiem gwizdków, wzywających ich na pierwszy z licznych apeli przeprowadzanych podczas eksperymentu. Tego rodzaju kontrole odbywały się wielokrotnie w ciągu każdej zmiany, również w godzinach nocnych. Oficjalnym celem apeli było utrwalenie przez więźniów przypisanych im numerów identyfikacyjnych. W praktyce stanowiły one jednak przede wszystkim narzędzie umożliwiające strażnikom demonstrowanie swojej dominacji i sprawowanie kontroli nad osadzonymi. Początkowo uczestnicy odgrywający rolę więźniów nie utożsamiali się jeszcze z powierzonymi im rolami i traktowali polecenia z pewnym dystansem, starając się zachować niezależność oraz podkreślać własną autonomię. Również strażnicy na początku eksperymentu nie byli pewni, w jaki sposób powinni wykonywać swoje obowiązki i egzekwować posłuszeństwo. Ten etap stanowił początek stopniowo narastającej rywalizacji oraz konfliktu pomiędzy obiema grupami uczestników.

Pierwszy dzień eksperymentu przebiegał bez większych zakłóceń, dlatego zespół badawczy nie przewidywał, że już następnego ranka dojdzie do otwartego buntu więźniów. Uczestnicy odgrywający rolę osadzonych zdjęli z głów pończochowe nakrycia, zerwali numery identyfikacyjne przymocowane do odzieży oraz zablokowali wejścia do cel, wykorzystując do tego prycze. Wydarzenia te postawiły strażników przed koniecznością opanowania sytuacji i przywrócenia porządku.

Zachowanie więźniów wywołało u strażników frustrację i złość, zwłaszcza że osadzeni otwarcie okazywali im lekceważenie oraz kierowali pod ich adresem obraźliwe komentarze. Strażnicy rozpoczynający poranną zmianę obwiniali swoich kolegów z nocnego dyżuru o zbyt pobłażliwe traktowanie więźniów, które ich zdaniem doprowadziło do eskalacji nieposłuszeństwa. Początkowo zwrócili się o wsparcie do strażników kończących zmianę, a następnie wezwano także trzech pozostałych uczestników pełniących rolę strażników, którzy pozostawali w rezerwie.

W celu stłumienia buntu strażnicy użyli gaśnicy z dwutlenkiem węgla, zmuszając więźniów do odsunięcia się od drzwi cel. Następnie wkroczyli do pomieszczeń, rozebrali osadzonych, odebrali im prycze oraz umieścili osoby uznane za organizatorów protestu w izolatkach. Od tego momentu strażnicy zaczęli stosować wobec więźniów coraz bardziej represyjne metody kontroli, wykorzystując zastraszanie, upokarzanie oraz różnego rodzaju kary psychologiczne.

Fot. Philip G. Zimbardo / Źródło: Stanford Prison Experiment

Po opanowaniu sytuacji strażnicy stanęli przed kolejnym problemem. Utrzymywanie wysokiego poziomu kontroli wymagałoby stałej obecności dużej liczby strażników, co było niemożliwe zarówno z organizacyjnego, jak i praktycznego punktu widzenia. W związku z tym zrezygnowano z dalszego polegania wyłącznie na środkach przymusu fizycznego i postanowiono zastosować strategię opartą na oddziaływaniach psychologicznych.

Jednym z jej elementów było utworzenie tzw. „celi uprzywilejowanych”. Jedną z cel przeznaczono dla trzech więźniów uznanych za najmniej zaangażowanych w bunt. Otrzymali oni możliwość ponownego korzystania z łóżek, zwrócono im odzież, pozwolono na umycie się oraz zapewniono lepsze wyżywienie. Pozostali więźniowie zostali tych przywilejów pozbawieni. Celem takiego działania było osłabienie poczucia solidarności wśród osadzonych poprzez wprowadzenie podziałów oraz wzajemnej nieufności między członkami grupy.

Po kilku godzinach funkcjonowania systemu przywilejów strażnicy ponownie zmienili rozmieszczenie więźniów. Osoby wcześniej umieszczone w uprzywilejowanej celi zostały przeniesione z powrotem do pozostałych osadzonych, natomiast część więźniów z pozostałych cel otrzymała dostęp do lepszych warunków. Takie rotacje miały na celu wywołanie dezorientacji i niepewności wśród uczestników. W rezultacie inicjatorzy wcześniejszego buntu zaczęli podejrzewać, że więźniowie korzystający z przywilejów współpracują ze strażnikami. Doprowadziło to do osłabienia wzajemnego zaufania oraz narastania podejrzliwości między osadzonymi.

Fot. Philip G. Zimbardo / Źródło: Stanford Prison Experiment

Jak wskazywał konsultant uczestniczący w przygotowaniu eksperymentu, będący byłym więźniem, podobne metody są stosowane również w rzeczywistych zakładach karnych. Polegają one na wzmacnianiu podziałów wewnątrz społeczności więziennej poprzez różnicowanie traktowania osadzonych lub wykorzystywanie istniejących między nimi konfliktów. Celem takich działań jest ograniczenie solidarności między więźniami i zmniejszenie ryzyka wspólnego sprzeciwu wobec administracji więziennej. W konsekwencji więźniowie zaczynają postrzegać siebie nawzajem jako potencjalne zagrożenie, co utrudnia tworzenie trwałych sojuszy.

Bunt więźniów wywarł również istotny wpływ na zachowanie strażników. Wydarzenie to przyczyniło się do wzmocnienia ich poczucia wspólnoty oraz odpowiedzialności za utrzymanie porządku. Od tego momentu uczestnicy pełniący rolę strażników przestali traktować swoje zadania wyłącznie jako element eksperymentu i zaczęli postrzegać więźniów jako realne zagrożenie dla sprawowanego przez nich porządku. W odpowiedzi zwiększyli poziom nadzoru, zaostrzyli stosowane środki kontroli oraz coraz częściej sięgali po działania o charakterze represyjnym i psychologicznej presji. W efekcie relacje między obiema grupami stawały się coraz bardziej antagonistyczne, a granica między odgrywaną rolą a rzeczywistym zachowaniem stopniowo zacierała się.

Przed upływem 36 godzin od rozpoczęcia eksperymentu u więźnia oznaczonego numerem 8612 zaczęły występować wyraźne objawy kryzysu psychicznego. Uczestnik doświadczał gwałtownych zmian nastroju, trudności z logicznym myśleniem oraz niekontrolowanych napadów płaczu i agresji. Początkowo zespół badawczy zinterpretował jego zachowanie jako próbę manipulacji mającą na celu wcześniejsze opuszczenie eksperymentu. Wynikało to między innymi z faktu, że badacze coraz silniej utożsamiali się z rolą personelu więziennego i zaczęli postrzegać sytuację z perspektywy funkcjonariuszy zakładu karnego.

Fot. Philip G. Zimbardo / Źródło: Stanford Prison Experiment

Podczas rozmowy z uczestnikiem jeden z konsultantów zwrócił uwagę na jego zachowanie, sugerując, że przypomina ono reakcje osób niepotrafiących poradzić sobie z realiami więziennymi. Jednocześnie zaproponowano więźniowi współpracę ze strażnikami w charakterze informatora, obiecując w zamian łagodniejsze traktowanie. Uczestnik miał czas na rozważenie przedstawionej propozycji.

W trakcie kolejnego apelu więzień nr 8612 zwrócił się do pozostałych osadzonych, twierdząc, że opuszczenie eksperymentu nie jest możliwe. Wypowiedź ta znacząco wpłynęła na atmosferę panującą wśród więźniów, wzmacniając ich przekonanie o całkowitym podporządkowaniu oraz ograniczeniu możliwości odzyskania kontroli nad własną sytuacją. Wkrótce potem stan psychiczny uczestnika uległ dalszemu pogorszeniu. Zaczął krzyczeć, używać wulgaryzmów oraz przejawiać zachowania świadczące o utracie kontroli nad emocjami. Dopiero po pewnym czasie badacze uznali, że objawy mają rzeczywisty charakter i nie stanowią próby uniknięcia udziału w eksperymencie. W konsekwencji podjęto decyzję o przedwczesnym wycofaniu więźnia z dalszego uczestnictwa w badaniu.

Kolejnego dnia eksperymentu zorganizowano wizyty rodzin oraz znajomych uczestników odgrywających role więźniów. Badacze obawiali się, że widok warunków panujących w prowizorycznym zakładzie karnym oraz stan psychiczny osadzonych mogą skłonić bliskich do zażądania zakończenia ich udziału w badaniu. W związku z tym przed rozpoczęciem odwiedzin podjęto działania mające stworzyć wrażenie dobrze funkcjonującej i bezpiecznej placówki. Więźniowie zostali umyci, ogoleni i przygotowani do spotkań z rodzinami, polecono im również uporządkowanie cel. Zapewniono im obfitszy posiłek, a przez więzienny system nagłośnienia odtwarzano muzykę, aby stworzyć bardziej przyjazną atmosferę. Dodatkowo przy wejściu gości witała studentka Uniwersytetu Stanforda, co miało podkreślić pozornie spokojny charakter całego przedsięwzięcia.

Po przybyciu odwiedzających stopniowo zaczęto wprowadzać procedury przypominające obowiązujące w rzeczywistych zakładach karnych. Goście byli zobowiązani do rejestracji, następnie oczekiwali na możliwość spotkania z więźniem, a liczba osób uczestniczących w jednej wizycie została ograniczona do dwóch. Czas odwiedzin nie mógł przekroczyć dziesięciu minut, a rozmowy odbywały się wyłącznie w obecności strażnika. Przed rozpoczęciem spotkania konieczne było także uzyskanie zgody osoby pełniącej funkcję naczelnika więzienia.

Choć rodzice i pozostali odwiedzający wyrażali niezadowolenie z obowiązujących ograniczeń, w większości podporządkowali się narzuconym procedurom. Zdaniem Zimbardo sytuacja ta pokazała, że również osoby postronne, niebędące uczestnikami eksperymentu, stosunkowo łatwo akceptowały reguły stworzonego systemu i zaczynały funkcjonować zgodnie z jego zasadami. Tym samym także odwiedzający, choć nieświadomie, stawali się elementem więziennej rzeczywistości wykreowanej na potrzeby badania.

Fot. Philip G. Zimbardo / Źródło: Stanford Prison Experiment

Kolejnym wyzwaniem, przed którym stanęli organizatorzy eksperymentu, były informacje o planowanej ucieczce więźniów. Pogłoski pojawiły się po tym, jak jeden ze strażników przypadkowo usłyszał rozmowę uczestników dotyczącą próby uwolnienia osadzonych. Według przekazywanych informacji więzień oznaczony numerem 8612, który wcześniej został wycofany z eksperymentu, miał powrócić wraz z grupą znajomych, wtargnąć do prowizorycznego więzienia i doprowadzić do uwolnienia pozostałych uczestników.

Z perspektywy metodologii badań społecznych taka sytuacja mogła stanowić cenny materiał obserwacyjny, pozwalający analizować rozwój wydarzeń bez ingerencji badaczy. Jednak, jak podkreśla Zimbardo, zespół badawczy nie zareagował jak bezstronni obserwatorzy. Zamiast potraktować pogłoski jako element przebiegu eksperymentu, skoncentrowano się na ochronie funkcjonowania stworzonego więzienia. W odpowiedzi zorganizowano naradę, w której uczestniczyli badacze pełniący funkcje kierownictwa więzienia oraz jeden ze strażników. Celem spotkania było opracowanie działań mających zapobiec ewentualnej próbie ucieczki i zabezpieczyć dalszy przebieg eksperymentu. Sytuacja ta stanowiła kolejny przykład stopniowego zacierania się granicy między rolą badaczy a rolą personelu więziennego, co miało istotny wpływ na sposób podejmowania decyzji w trakcie badania.

Po naradzie badacze postanowili umieścić w celi zajmowanej wcześniej przez więźnia nr 8612 współpracownika eksperymentu, którego zadaniem było zdobywanie informacji na temat planowanej ucieczki oraz przekazywanie ich zespołowi badawczemu. Następnie Zimbardo udał się do komisariatu policji w Palo Alto z prośbą o możliwość tymczasowego przeniesienia uczestników do rzeczywistego zakładu karnego. Propozycja ta została jednak odrzucona. Policja uzasadniła swoją decyzję względami formalnymi, wskazując, że w przypadku transportu uczestników eksperymentu funkcjonariusze nie byliby objęci odpowiednim ubezpieczeniem.

Fot. Philip G. Zimbardo / Źródło: Stanford Prison Experiment

Jak przyznaje Zimbardo, odmowa wywołała u niego silne rozczarowanie i frustrację. W tamtym momencie postrzegał sytuację nie z perspektywy badacza, lecz osoby odpowiedzialnej za funkcjonowanie więzienia, oczekującej współpracy ze strony innych instytucji. Był to kolejny przykład stopniowego utożsamiania się z rolą naczelnika więzienia oraz utraty dystansu wobec prowadzonego eksperymentu.

Po niepowodzeniu rozmów z policją opracowano alternatywny plan zabezpieczenia więzienia. Zakładano czasowe opróżnienie pomieszczeń po zakończeniu odwiedzin, zwiększenie liczby strażników oraz skucie wszystkich więźniów i zasłonięcie im głów workami. Następnie uczestnicy mieli zostać przeniesieni do magazynu znajdującego się na piątym piętrze budynku, gdzie oczekiwaliby na ewentualną próbę uwolnienia. Zgodnie z przygotowanym scenariuszem Zimbardo miał pozostać w opuszczonym więzieniu i poinformować osoby, które miały przeprowadzić akcję uwolnienia, że eksperyment został zakończony, a więźniowie zostali już zwolnieni. Po opuszczeniu budynku przez domniemanych organizatorów ucieczki planowano sprowadzić uczestników z powrotem oraz znacząco wzmocnić środki bezpieczeństwa. Rozważano również możliwość ponownego sprowadzenia więźnia nr 8612 do eksperymentu, uznając, że jego wcześniejsze zwolnienie mogło nastąpić na podstawie błędnej oceny sytuacji. Opisane działania pokazują, jak dalece badacze zaangażowali się w odgrywane role, traktując hipotetyczne zagrożenie tak, jakby dotyczyło rzeczywiście funkcjonującego zakładu karnego.

Podczas oczekiwania na rzekomą próbę uwolnienia więźniów Zimbardo przebywał samotnie w przygotowanym więzieniu. W tym czasie odwiedził go jego dawny kolega z Uniwersytetu Yale, Gordon Bower, który chciał dowiedzieć się, jak przebiega eksperyment. Po krótkim przedstawieniu sytuacji Bower zadał pozornie proste pytanie dotyczące metodologii badania, pytając o zmienną niezależną wykorzystywaną w eksperymencie.

Fot. Philip G. Zimbardo / Źródło: Stanford Prison Experiment

Jak wspomina Zimbardo, pytanie to wywołało u niego silną irytację. W tamtym momencie jego uwaga była całkowicie skoncentrowana na potencjalnym zagrożeniu dla funkcjonowania więzienia oraz bezpieczeństwa uczestników. Z perspektywy osoby zaangażowanej w zarządzanie prowizorycznym zakładem karnym kwestie metodologiczne wydawały mu się nieistotne. Dopiero po latach autor uświadomił sobie, że jego reakcja była dowodem na głębokie utożsamienie się z rolą naczelnika więzienia. Zamiast zachować perspektywę badacza prowadzącego eksperyment, zaczął postrzegać sytuację przede wszystkim jako administrator odpowiedzialny za utrzymanie porządku i bezpieczeństwa. Zimbardo uznał ten moment za jeden z najbardziej wyrazistych przykładów utraty obiektywizmu oraz zatarcia granicy między rolą naukowca a rolą odgrywaną w trakcie eksperymentu.

Ostatecznie informacje o planowanej próbie uwolnienia więźniów okazały się nieprawdziwe. Mimo że zespół badawczy poświęcił wiele czasu i energii na przygotowanie działań zabezpieczających, do żadnego włamania ani próby ucieczki nie doszło. Organizatorzy zaangażowali policję, opracowali szczegółowy plan postępowania, czasowo przenieśli uczestników oraz częściowo zdemontowali prowizoryczne więzienie. W konsekwencji cały dzień został poświęcony na działania organizacyjne, a eksperyment nie dostarczył w tym czasie nowych danych badawczych.

Według relacji Zimbardo sytuacja ta wywołała wśród osób zaangażowanych w eksperyment silne poczucie frustracji oraz rozczarowania wynikającego z nieproporcjonalności między poniesionym wysiłkiem a osiągniętym efektem. Napięcie to znalazło odzwierciedlenie w dalszym zaostrzeniu sposobu traktowania więźniów przez strażników.

Po nieudanym alarmie strażnicy zaczęli stosować wobec osadzonych jeszcze bardziej restrykcyjne i upokarzające praktyki. Więźniowie byli zmuszani do wykonywania monotonnych oraz poniżających czynności, takich jak ręczne czyszczenie toalet, a także do wielokrotnego wykonywania wyczerpujących ćwiczeń fizycznych, między innymi pompek i pajacyków. Jednocześnie znacząco wydłużono czas trwania apeli, które niekiedy przeciągały się do kilku godzin. Działania te miały charakter kar dyscyplinujących i służyły umocnieniu kontroli strażników nad więźniami, jednocześnie zwiększając poziom psychicznego i fizycznego obciążenia uczestników odgrywających rolę osadzonych.

Na kolejnym etapie eksperymentu Zimbardo zaprosił do udziału byłego kapelana więziennego, który pełnił posługę jako ksiądz katolicki. Jego zadaniem była ocena, na ile warunki stworzone w prowizorycznym więzieniu odpowiadały realiom funkcjonowania zakładów karnych. Podczas indywidualnych rozmów z uczestnikami pełniącymi rolę więźniów badacze zaobserwowali zaskakujące zjawisko. Wielu z nich przedstawiało się nie własnym imieniem, lecz przypisanym numerem identyfikacyjnym, co świadczyło o silnej identyfikacji z narzuconą rolą.

W trakcie rozmów kapelan pytał każdego z więźniów, jakie działania podejmuje, aby odzyskać wolność. Gdy uczestnicy nie potrafili udzielić jednoznacznej odpowiedzi, wyjaśniał im, że w rzeczywistym systemie penitencjarnym jedną z możliwości jest skorzystanie z pomocy adwokata. Oferował również kontakt z rodzicami uczestników w celu zorganizowania wsparcia prawnego. Część więźniów potraktowała tę propozycję całkowicie poważnie, co wskazywało, że coraz trudniej było im odróżnić sytuację eksperymentalną od rzeczywistości.

Fot. Philip G. Zimbardo / Źródło: Stanford Prison Experiment

Zdaniem Zimbardo obecność kapelana jeszcze bardziej zatarła granicę między odgrywanymi rolami a rzeczywistą tożsamością uczestników. Duchowny, który na co dzień pełnił funkcję kapelana więziennego, zachowywał się zgodnie z utrwalonym wzorcem swojej roli społecznej. Sposób prowadzenia rozmów, gestykulacja oraz charakterystyczny sposób bycia sprawiały, że jego zachowanie wzmacniało autentyczność stworzonego środowiska więziennego. W rezultacie zarówno uczestnicy, jak i badacze coraz silniej angażowali się w odgrywane role, co dodatkowo utrudniało zachowanie dystansu do eksperymentu i rozróżnienie między fikcyjną sytuacją badawczą a realnym doświadczeniem.

Szczególnie silny kryzys psychiczny wystąpił u uczestnika oznaczonego numerem 819. Jako jedyny odmówił rozmowy z kapelanem, twierdząc, że bardziej niż wsparcia duchowego potrzebuje pomocy lekarza. Więzień źle się czuł, odmawiał przyjmowania posiłków i wykazywał wyraźne oznaki wyczerpania emocjonalnego. Badacze przekonali go jednak do opuszczenia celi i rozmowy z kapelanem oraz Zimbardo, aby ocenić jego stan. W trakcie spotkania uczestnik doznał silnego załamania emocjonalnego, przejawiającego się niekontrolowanym płaczem i utratą panowania nad sobą. W odpowiedzi zdjęto mu łańcuch z nogi oraz nakrycie głowy, a następnie odprowadzono do oddzielnego pomieszczenia z zamiarem zapewnienia mu odpoczynku, posiłku oraz konsultacji lekarskiej.

W tym samym czasie jeden ze strażników polecił pozostałym więźniom ustawić się w szeregu i wielokrotnie powtarzać hasło obciążające więźnia nr 819 odpowiedzialnością za problemy panujące w więzieniu. Skandowanie miało charakter zbiorowej reprymendy i stanowiło formę psychologicznej presji wobec uczestnika przeżywającego kryzys.

Fot. Philip G. Zimbardo / Źródło: Stanford Prison Experiment

Kiedy Zimbardo zorientował się, że więzień nr 819 słyszy okrzyki dochodzące z więzienia, natychmiast wrócił do pomieszczenia, w którym przebywał uczestnik. Zastał go w stanie silnego wzburzenia emocjonalnego. Więzień płakał, słuchając, jak pozostali uczestnicy podporządkowani poleceniom strażników jednomyślnie obarczają go winą. W przeciwieństwie do pierwszych dni eksperymentu okrzyki więźniów były już w pełni skoordynowane i odzwierciedlały ich podporządkowanie obowiązującym zasadom oraz autorytetowi strażników.

Zimbardo zaproponował uczestnikowi opuszczenie eksperymentu, jednak więzień początkowo odmówił. Był przekonany, że powinien wrócić do celi i udowodnić pozostałym, iż nie zasługuje na przypisywaną mu ocenę. Świadczyło to o głębokim utożsamieniu się z rolą więźnia oraz o silnym wpływie opinii grupy na jego zachowanie.

Dopiero wówczas Zimbardo przerwał utrzymującą się iluzję eksperymentu, zwracając się do uczestnika po imieniu i przypominając mu, że nie jest więźniem, lecz studentem biorącym udział w badaniu psychologicznym. Podkreślił również, że sam występuje jako psycholog, a nie rzeczywisty naczelnik więzienia. Słowa te pozwoliły uczestnikowi odzyskać kontakt z rzeczywistością. Jak opisuje Zimbardo, reakcja więźnia była natychmiastowa – uspokoił się, zaakceptował sytuację i zgodził się opuścić eksperyment. Autor uznaje ten moment za jeden z najbardziej wymownych przykładów siły internalizacji ról społecznych oraz wpływu sytuacji na ludzkie zachowanie.

Kolejnego dnia eksperymentu zorganizowano posiedzenie komisji rozpatrującej wnioski o warunkowe zwolnienie więźniów. Uczestnicy, którzy uważali, że istnieją przesłanki do opuszczenia więzienia, byli doprowadzani przed komisję pojedynczo, pozostając wcześniej skuci razem. W skład komisji weszły osoby niezwiązane bezpośrednio z eksperymentem, między innymi pracownicy administracyjni uczelni oraz studenci starszych lat, natomiast przewodniczącym został były więzień pełniący funkcję konsultanta badaczy.

 

Fot. Philip G. Zimbardo / Źródło: Stanford Prison Experiment

Przebieg przesłuchań ujawnił, jak silnie uczestnicy utożsamili się z rolą więźniów. Większość z nich zadeklarowała gotowość rezygnacji z należnego wynagrodzenia za udział w badaniu, jeśli miałoby to umożliwić wcześniejsze opuszczenie więzienia. Po zakończeniu rozmów uczestnikom polecono wrócić do swoich cel do czasu podjęcia decyzji przez komisję. Mimo że w każdej chwili mogli zrezygnować z udziału w eksperymencie, wszyscy podporządkowali się wydanym poleceniom. Zimbardo interpretuje to zachowanie jako przejaw wyuczonej bezradności oraz utraty świadomości, że uczestniczą jedynie w eksperymencie psychologicznym. W ich przekonaniu decyzję o zwolnieniu mogły podejmować wyłącznie osoby sprawujące władzę w stworzonym systemie więziennym.

Podczas prac komisji zaobserwowano również wyraźną zmianę w zachowaniu konsultanta więziennego. Pełniąc funkcję przewodniczącego, przyjął postawę surowego i bezkompromisowego urzędnika, wykazując dużą stanowczość wobec przesłuchiwanych więźniów. Po zakończeniu eksperymentu przyznał, że odgrywana rola wywołała u niego silny dyskomfort, ponieważ przypominała zachowanie osób, które przez wiele lat odrzucały jego własne wnioski o warunkowe zwolnienie podczas odbywania kary pozbawienia wolności.

Piątego dnia eksperymentu można było również zaobserwować wyraźne różnice w sposobie pełnienia obowiązków przez strażników. Zimbardo wyróżnił trzy dominujące style sprawowania kontroli. Pierwszą grupę stanowili strażnicy rygorystyczni, lecz konsekwentnie przestrzegający ustalonych zasad. Drugą tworzyli strażnicy bardziej życzliwi, którzy okazjonalnie okazywali więźniom drobne gesty uprzejmości i unikali stosowania kar. Trzecią grupę stanowili strażnicy przejawiający zachowania autorytarne, arbitralne i kreatywni w stosowaniu metod poniżania osadzonych. To właśnie oni najczęściej wykorzystywali swoją pozycję do wywierania presji psychicznej i demonstrowania przewagi nad więźniami.

Analiza wyników eksperymentu nie wykazała zależności między wcześniejszymi wynikami testów osobowości a skłonnością do przejawiania zachowań agresywnych lub autorytarnych w roli strażnika. Jedyną zauważalną zależnością było to, że uczestnicy charakteryzujący się wyższym poziomem autorytaryzmu jako więźniowie wykazywali większą zdolność przystosowania się do restrykcyjnych warunków panujących w więzieniu niż pozostali uczestnicy.

Fot. Philip G. Zimbardo / Źródło: Stanford Prison Experiment

W trakcie eksperymentu więźniowie nadali najbardziej surowemu i bezwzględnemu strażnikowi przydomek „John Wayne”. Określenie to nawiązywało do jego dominującego sposobu bycia oraz autorytarnego stylu sprawowania władzy. Zimbardo zwraca uwagę, że podobne zjawisko występowało również w rzeczywistych zakładach karnych. Przywołuje przykład strażnika z nazistowskiego obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie, którego więźniowie określali mianem „Tom Mix” – pseudonimem odnoszącym się do amerykańskiego aktora westernowego, symbolizującego twardego i bezwzględnego kowboja. Przydomek ten miał odzwierciedlać brutalność oraz sposób, w jaki strażnik traktował osadzonych.

Opisane podobieństwo skłoniło autora do postawienia pytań o źródła zachowań obserwowanych podczas eksperymentu. Zimbardo zastanawia się, w jaki sposób młodzi, zdrowi psychicznie i wcześniej nieprzejawiający skłonności do przemocy uczestnicy tak szybko przystosowali się do ról strażników i zaczęli stosować wobec więźniów poniżające oraz represyjne metody. Pojawiło się również pytanie, jak osoba funkcjonująca na co dzień w sposób całkowicie normalny może w krótkim czasie stać się sprawcą zachowań krzywdzących innych ludzi.

W trakcie eksperymentu uczestnicy odgrywający rolę więźniów stosowali różne strategie radzenia sobie z narastającym poczuciem bezradności i frustracji. Początkowo część z nich próbowała przeciwstawiać się strażnikom poprzez bunt lub otwartą konfrontację. U kilku uczestników długotrwałe napięcie psychiczne doprowadziło jednak do poważnych kryzysów emocjonalnych, które zakończyły się koniecznością przedwczesnego wycofania ich z eksperymentu. U jednego z więźniów, po otrzymaniu informacji o odrzuceniu jego wniosku o zwolnienie, wystąpiły objawy psychosomatyczne w postaci rozległej wysypki skórnej, co wskazywało na silny wpływ stresu na jego stan fizyczny.

Fot. Philip G. Zimbardo / Źródło: Stanford Prison Experiment

Inni uczestnicy obrali odmienną strategię przystosowawczą, polegającą na pełnym podporządkowaniu się poleceniom strażników. Starali się unikać konfliktów, sumiennie wykonywali wszystkie wydawane im zadania i przestrzegali obowiązujących zasad. Jeden z więźniów, ze względu na wyjątkowo zdyscyplinowane wykonywanie poleceń, otrzymał od współuczestników przydomek „Sierżant”, co odzwierciedlało jego bezwzględne podporządkowanie się obowiązującemu porządkowi.

Pod koniec eksperymentu widoczne było całkowite osłabienie więzi między więźniami. Grupa utraciła poczucie wspólnoty i solidarności, a uczestnicy funkcjonowali już głównie jako odizolowane jednostki skoncentrowane na własnym przetrwaniu oraz minimalizowaniu cierpienia. Zimbardo porównuje ten stan do sytuacji obserwowanej wśród jeńców wojennych oraz osób przebywających przez dłuższy czas w instytucjach totalnych. Równocześnie strażnicy osiągnęli niemal pełną kontrolę nad funkcjonowaniem więzienia, skutecznie wymuszając na więźniach podporządkowanie oraz posłuszeństwo wobec ustanowionych zasad.

Pod koniec eksperymentu doszło do ostatniej próby otwartego sprzeciwu wobec obowiązującego porządku. Jej inicjatorem był więzień oznaczony numerem 416, który został włączony do badania jako uczestnik zastępczy. W przeciwieństwie do pozostałych więźniów nie doświadczał stopniowego procesu adaptacji do coraz bardziej restrykcyjnych warunków. Już od momentu przybycia zetknął się z pełnym nasileniem represyjnych zachowań strażników. Dodatkowo inni więźniowie utwierdzali go w przekonaniu, że opuszczenie więzienia nie jest możliwe, co potęgowało poczucie bezradności i realizmu całej sytuacji.

W odpowiedzi na panujące warunki więzień nr 416 rozpoczął strajk głodowy, traktując odmowę przyjmowania posiłków jako formę protestu i próbę wymuszenia zwolnienia z eksperymentu. Strażnicy bezskutecznie usiłowali nakłonić go do przerwania protestu. Gdy działania te nie przyniosły efektu, umieszczono go w izolatce na około trzy godziny, mimo że obowiązujące wcześniej zasady przewidywały maksymalnie godzinny pobyt w odosobnieniu. Pomimo zastosowanej kary uczestnik nie zrezygnował ze swojej decyzji.

Fot. Philip G. Zimbardo / Źródło: Stanford Prison Experiment

Można było przypuszczać, że postawa więźnia nr 416 spotka się z uznaniem pozostałych osadzonych i stanie się symbolem oporu wobec strażników. Stało się jednak inaczej. Wielu współwięźniów zaczęło postrzegać go jako osobę odpowiedzialną za pogorszenie ich sytuacji oraz źródło dodatkowych problemów. Wykorzystując tę zmianę nastrojów, główny strażnik postawił więźniom ultimatum. Zaproponował, że więzień nr 416 zostanie zwolniony z izolatki, jeśli pozostali osadzeni zgodzą się oddać swoje koce. Alternatywą było zachowanie własnych koców i pozostawienie protestującego w odosobnieniu.

Większość więźniów wybrała zachowanie własnych przywilejów, rezygnując z udzielenia pomocy współuczestnikowi. Decyzja ta ukazała, jak dalece wcześniejsze działania strażników doprowadziły do rozpadu solidarności między więźniami oraz osłabienia gotowości do wspólnego przeciwstawiania się systemowi. Ostatecznie badacze zdecydowali się przerwać karę i przywrócili więźnia nr 416 do jego celi, jednak sytuacja ta stała się jednym z najbardziej wymownych przykładów wpływu warunków eksperymentalnych na relacje społeczne i zachowania uczestników.

Piątego dnia eksperymentu część rodziców uczestników zwróciła się do Zimbardo z prośbą o umożliwienie kontaktu z prawnikiem, licząc na wcześniejsze uwolnienie swoich synów. Jak się okazało, sugestię tę otrzymali od kapelana więziennego, który podczas wcześniejszych rozmów z więźniami rekomendował skorzystanie z pomocy prawnej. W odpowiedzi badacze zaprosili adwokata, który następnego dnia przeprowadził z uczestnikami rozmowy według standardowych procedur stosowanych podczas konsultacji z osobami pozbawionymi wolności. Mimo że prawnik był świadomy eksperymentalnego charakteru sytuacji, jego zachowanie dodatkowo wzmacniało wśród uczestników przekonanie o autentyczności stworzonego środowiska.

Na tym etapie badacze doszli do wniosku, że kontynuowanie eksperymentu staje się niebezpieczne. Zaobserwowano bowiem wyraźne pogorszenie stanu psychicznego więźniów, u których pojawiały się oznaki silnego stresu, wycofania oraz zachowań o charakterze patologicznym. Jednocześnie część strażników zaczęła przejawiać coraz bardziej sadystyczne i upokarzające zachowania wobec osadzonych. Co istotne, nawet strażnicy określani jako bardziej życzliwi nie podejmowali prób przeciwstawienia się nadużyciom swoich współpracowników. Żaden z nich nie zrezygnował z udziału w eksperymencie ani nie uchylał się od wykonywania powierzonych obowiązków, regularnie stawiając się na wyznaczone zmiany.

Fot. Philip G. Zimbardo / Źródło: Stanford Prison Experiment

Ostateczną decyzję o zakończeniu eksperymentu Zimbardo podjął z dwóch powodów. Po pierwsze, analiza nagrań z kamer monitorujących wykazała, że najbardziej poniżające zachowania strażników miały miejsce nocą, gdy ich działania nie były bezpośrednio obserwowane przez badaczy. W tym czasie dochodziło do szczególnie dotkliwych form psychicznego upokarzania więźniów, a niektóre z nich miały charakter seksualnie poniżający.

Drugim czynnikiem była reakcja Christiny Maslach, młodej badaczki z Uniwersytetu Stanforda, która prowadziła wywiady z uczestnikami eksperymentu. Widząc sposób traktowania więźniów, zwłaszcza wyprowadzanie ich do toalety w kajdanach, z zasłoniętymi głowami i prowadzonych przez współwięźniów, stanowczo sprzeciwiła się dalszemu prowadzeniu badań. Zimbardo podkreśla, że spośród wszystkich osób odwiedzających eksperyment to właśnie Maslach jako jedyna otwarcie zakwestionowała jego moralny wymiar. Jej reakcja skłoniła badacza do uświadomienia sobie skali naruszeń etycznych oraz konieczności natychmiastowego zakończenia eksperymentu.

W rezultacie planowane na dwa tygodnie badanie przerwano już po sześciu dniach. Po jego zakończeniu zorganizowano serię spotkań podsumowujących, najpierw oddzielnie ze strażnikami i więźniami, a następnie ze wszystkimi uczestnikami jednocześnie. Celem tych rozmów było umożliwienie uczestnikom wyrażenia swoich emocji, omówienie doświadczeń wyniesionych z eksperymentu oraz wspólna analiza zaobserwowanych zjawisk.

Spotkania te miały również wymiar etyczny i edukacyjny. Badacze zachęcali uczestników do refleksji nad moralnymi konsekwencjami własnych zachowań oraz wpływem sytuacji społecznej na podejmowane decyzje. Dyskusje koncentrowały się na tym, w jaki sposób zwykli ludzie mogą stać się sprawcami krzywdy lub jej ofiarami pod wpływem określonych warunków, a także jak w przyszłości rozpoznawać i przeciwstawiać się mechanizmom prowadzącym do nadużyć władzy oraz dehumanizacji innych osób.

Dwa miesiące po zakończeniu eksperymentu więzień nr 416, uczestnik, który w trakcie badania podjął próbę protestu poprzez strajk głodowy i został czasowo osadzony w izolatce, przedstawił swoją ocenę oraz przemyślenia związane z udziałem w eksperymencie.

"Zacząłem mieć poczucie, że tracę tożsamość. Tożsamość osoby, którą nazywałem Clay, osoby, która kazała mi iść do tego miejsca, osboby która dała się w tym więzieniu zamknąć -- bo to było dla mnie więzienie, i nadal jest. Nie uważam, że to eksperyment ani symulacja, bo to po prostu więzienie prowadzone przez psychologów zamiast przez państwo. Zacząłem mieć poczucie, że osoba, którą byłem i która kazała mi iść do więzienia, była mi obca -- obca tak bardzo, że w końcu stałem się 416. Naprawdę byłem swoim numerem".

Dodaj komentarz

Komentarze

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.